czwartek, 10 września 2015

Byłam, jadłam, widziałam. Kraków moim okiem... moje małe pożegnanie z miastem i ostatnie 90 dni.

Post był już kiedyś publikowany i odnosi się do trzech miesięcy 2014 roku, jednak ze względu na symboliczne znaczenie - odświeżam i publikuję ponownie. ;) pierwotna data publikacji to 21 czerwca 2014. 

Kraków. Miasto dla wielu magiczne i niepowtarzalne. Trzy lata mojego życia, które mogę zamknąć w może tysiącu fotek. Niby dużo, bo prawie jedna dziennie ;) jednak zbyt mało, by opisać to, czego przez ponad 2.5 roku nie zdążyłam zobaczyć.

Czerwiec kojarzył mi się dość jednoznacznie:


Ale i wtedy znalazłam czas, by coś zobaczyć.






Wyznaczyłam sobie termin: 90 dni. Dziewięćdziesiąt dni na zakupy, chomikowanie kosmetyków i odwiedzanie kultowych miejsc w Krakowie. Albo przynajmniej tylko z nazwy kultowych, bo fenomenu niektórych potraw nie zrozumiem, wybaczcie ;) 


jedna z dwóch ulubionych piekarni, najsłynniejsze lody w Krakowie, całkiem przyjemna, mała restauracja i fragment rachunku z taksówki z dnia wyprowadzki:

zapiekanki u Endziora, Chimera, znowu fragment rachunku z taksówki :D

jedna z dwóch ulubionych drogerii, znowuż Chimera i rachunek z hot dogów w cenie 1zł za sztukę z Ikei:

druga ulubiona krakowska piekarnia, lody Grycan z Bonarki, Da Grasso, Firlit czyli druga ulubiona krakowska drogeria:


paragon z Companeros na dworcu PKP :) 
 

paragon z precli :)

paragon z lodów Grycana z dworca PKP oraz numerek, który dostaje się czekając na jedzenie U babci Maliny :) 

bilety z ogrodu botanicznego oraz zoo:

Na początek to, co możemy spotkać niemal na każdym rogu w Krakowie: precle :) 
Moje ulubione to te z serem i właśnie taki jest powyższy. 

Podróż po Krakowie rozpoczęłam od baru sałatkowego Chimera, o której słyszałam wiele dobrego, a jak zwykle nie było mi po drodze tam zajrzeć. W kwietniu wreszcie nadarzyła się okazja, w pewnym momencie byłam tam chyba trzy dni pod rząd! Od kiedy byłam tam pierwszy raz, zdecydowanie mam sentyment do tego miejsca :) bardzo klimatyczne, właściwie można się poczuć jak w szklarni (patrz szklany sufit ;)) albo raczej w małej francuskiej restauracji. 
tu w kwietniu:


tu w czerwcu:


a na talerzu tradycyjnie mała porcja sałatki owocowej :) 

tu na bogato, większa porcja czyli 6 rzeczy za 17zł: kuskus, sałatka z rzeżuchą, tarta brokułowa, lazania ze szpinakiem (?), kurczak panierowany oraz ziemniaki :) mniejsza porcja (czyli cztery rzeczy) kosztuje 13zł.


i naprawdę wielgachny kawałek ciasta rabarbarowego :) za 6zł. 



Wszyscy mają szansę zobaczyć, z czego tak naprawdę są przygotowywane potrawy w Chimerze ;) ostatnio siedziałam obok wielkiej "szafy" z warzywami:

Pewnego dnia odwiedziłam krakowską restaurację Obieżyświat, znajdującą się w okolicach AGHu.


I byłam dosyć zadowolona z tej wizyty :) 

Byłam dosyć częstym gościem w Da Grasso. Ta sieć znajduje się również w mieście, w którym było moje liceum. Może stąd sentyment ;) queasadila oraz czekolada na gorąco :) 


Jeśli chodzi o zamawianie jedzenia to raz zdarzyło mi się zamówić jedzenie z dosyć znanej krakowskiej restauracji, Hellady

A była to chyba jedyna w menu potrawa z mięsem z kurczaka. Kotopoulo me haloumi: "filet z kurczaka nadziewany serem haloumi i suszonymi pomidorami podany z pilawem ryżowym". Z całości najbardziej smakowało mi mięso i sos, pilaw ryżowy był średni.

Odwiedziłam także Choco Cafe na ulicy Wiślnej :) tym razem jedzenie brak, ale zamówiłam kawę z bitą śmietaną i odrobiną likieru za 13zł.


Nie mogło się też obyć bez jedzenia w restauracji na dworcu autobusowym :) swoją drogą to jedno z bardzo lubianych przeze mnie miejsc, tamtejsze jedzenie jest po prostu smaczne. 

Innym razem zjadłam bardzo dobry zestaw z Apetyt Bistro:


Genialnie przyprawiony ryż i bardzo dobry filet z kurczaka. Jestem na tak :)

Jadłam także w Companeros na dworcu PKP:



Moje pożegnanie z miastem nie mogło się odbyć bez odwiedzenia krakowskiego Kazimierza. Nigdy nie interesowałam się szczególnie tą okolicą, ale oczywiście zapiekanek krakowskich spróbować musiałam. No musiałam ;) jadłam te od Endziora na Placu Nowym oraz te z innych okienek i różnicy wielkiej nie widzę. 



od Endziora :)


a tu z innego okienka :) ta z ogórkiem chyba nawet bardziej mi smakowała.

W tle powyższej fotki możemy zobaczyć charakterystyczne, krakowskie gołębie. Jedna z moich znajomych, rodowita Krakowianka nie widzi w n ich nic osobliwego - ja widzę. Te krakowskie nie należą do najchudszych :P 

Tu jeszcze zapiekanka z ulicy Czarnowiejskiej, zaraz obok Parku Krakowskiego:


Obowiązkowym punktem programu musiała być też wizyta w lodziarni. A właściwie w wielu :D

słynne lody ze Starowiślnej (przystanek Miodowa)






lodziarnia Tiffany na Placu Szczepańskim



Gelatto 4D, Galeria Krakowska

Lody u Marysi, Karmelicka, obok przystanku Plac Inwalidów

Lody z Sycylii (Sławkowska)




Lody Sławkowska, pierwsze zdjęcie z pomnikiem Adama Mickiewicza. To popularne miejsce spotkań studentów, zwane potocznie "pod Adasiem" ;) 



Grycan na dworcu PKP

Będąc trzy lata zdążyłam tylko raz odwiedzić pijalnię piw regionalnych. Nie żeby to był obowiązkowy punkt programu, ale jednak było przyjemnie :D Omertę na Kazimierzu polecam, szczególnie ze względu na duży wybór trunków ;) 

na zdjęciu: piwo Fortuna, mirabelkowe, jasne, PYSZNE :) szkoda że w Żabkach możemy kupić tylko śliwkowe i wiśniowe :( 

W 2011 roku odwiedziłam Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie moim obowiązkowym punktem programu była storczykania :) bilety od tego czasu podrożały do 4zł za ulgowy, ale nadal warto. Na popołudniowy spacer jak znalazł :)

W tym roku odwiedziłam ponownie krakowskie zoo :) bilet ulgowy 10zł, a normalny 18zł.

















A na koniec widok z Cafe w muzeum Manghha wieczorem, z pewnej majowej uroczystości ;)

Moja krakowska droga na dniach dobiegnie końca - niezależnie od tego co się stanie, ja się wyprowadzam. Wrócę tu jeszcze choćby w lipcu, może wtedy uzupełnię ten post w kolejne rzeczy kojarzące mi się z Krakowem. Nauczka na przyszłość? Przynajmniej raz w miesiącu odwiedzić kultowe miejsce w danym mieście, żeby nie musieć na koniec pobytu tam odkrywać wszystkiego po raz pierwszy ;) 


Na koniec polecam post mojej dobrej koleżanki o Krakowie <KLIK> ona widziała więcej niż ja :)

A na sam koniec jeszcze kawałek Śląska ;) czyli lody w Pszczynie :)

6 komentarzy:

  1. Wrocławskie gołębie też nie mieszczą się w rozmiarze xs ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne zdjęcia ,super relacja. Też muszę się wybrać do Krakowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twój post uświadomił mi, że pomimo przemieszkania roku w Krakowie właściwie wcale nie zwiedziłam tego miasta. Muszę koniecznie zaplanować sobie jakieś wycieczki po bliższej i dalszej okolicy na ten rok akademicki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. tez lubie krk ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też bardzo lubię Kraków. Przeniosłam się tutaj na studia rok temu, bo zaczęłam studiować grafikę komputerową. Wynajmuję pokój w centrum Krakowa i przyznam, że to miasto, w którym chciałabym zostać na stałe :)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że poświęciłaś/eś czas na zostawienie komentarza. Komentujących zawsze odwiedzam, więc nie spamuj :) możesz się oczywiście ze mną nie zgadzać, ale jeśli już chcesz krytykować to konstruktywnie. Nie hejtuj bez podania uzasadnienia dla swojej opinii.

pytania? napisz do mnie:
jasminowamgla@gmail.com